gailliard
gailliard
Kuchnia to poranek, kiedy jeszcze wszyscy śpią, a delikatne słońce lekko sączy się przez na wpółotwarte okno. Doznaję jej, gdy dotykam drewnianej deski; gdy słyszę głuche uderzenie szklanki z kompotem, odstawianej na kamienny blat. Magia kuchni czai się wraz z zaspanym kotem, który przybiega na dźwięk krojonego mięsa; pojawia się z szumem wody z kranu, upuszczonym widelcem, uciekającymi na podłogę kulkami angielskiego ziela. Znajduję ją w mące niedbale wycieranej o fartuch i żółtku kołyszącym się w dłoni. Kilka ruchów łyżki w kamionkowej misie, a dom niespiesznie przewraca się dopiero na drugi bok, kradnąc kolejne pięć minut snu.
Ja tymczasem kradnę smaki, łyk zimnego mleka – nim dodam je do ciasta, syrop klonowy oblizany z dłoni, chilli szczypiące w język. Chłonę aromat rozgrzanej, natartej tłuszczem płyty. Nasłuchuję: skwierczenia dochodzącego z pieca, odgłosów czajnika, w końcu kroków w jadalni i szurania krzesłem. Filiżanka herbaty; zaspane dzień dobry.
Stukot talerzy; brzdęk sztućców; słodycz na podniebieniu. Radość wspólnego przebywania…
Proszę, usiądź i Ty.